Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 19)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

Glenfinnan i Skye [cz. 7]

Północny zachód i północ [cz. 8]

Orkady [cz. 9]

Na południe, do Speyside [cz. 10]

Speyside, dzień pierwszy [cz. 11]

Dufftown [cz. 12]

Keith i Rothes [cz. 13]

Do Balmoral [cz. 14]

Aberdeenshire – destylarnie i zamki [cz. 15]

Okolice Elgin [cz. 16]

Wokół Aberlour, w dolinie Spey [cz. 17]

Pożegnanie ze Speyside, na południe [cz. 18]

 

Wiele wskazuje na to, że czas kończyć naszą przygodę ze szkockimi destylarniami i Szkocją w ogóle. Co prawda, jestem ciągle w Aberfeldy, a więc przede mną jeszcze kilka gorzelni, jednak w dużej mierze będą to zakłady nowe, często niewielkie, z których destylatu raczej nie można oczekiwać w ofercie któregokolwiek niezależnego dystrybutora. Włącznie z Murray McDavid, niestety.

 

Zaplanowana na dziś trasa to raptem 172 mile / 277 km, czyli stosunkowo niewiele. Niecałe 5 godzin za kierownicą, jak twierdzi mapa Google. Trochę za dużo na jeden dzień, jeśli wycieczka taka ma być przyjemnością, a nie tylko zaliczaniem kolejnych destylarni. Dlatego, gdyby komuś przyszło do głowy posłużyć się naszym „przewodnikiem” podczas planowania podróży po Szkocji, zalecamy rozważenie podzielenia takiej trasy na co najmniej dwa etapy. Dotyczy to, zresztą, również wcześniejszych odcinków. Zwłaszcza, że dobrze byłoby w tej czy innej zabawić nieco dłużej, niż tylko na selfie. No i zarezerwować sobie trochę czasu i energii na jakąś miłą degustację plonów całego dnia już po zakończeniu objazdu. To z perspektywy kierowcy, który przecież w trakcie zwiedzania kieliszka do ust nie podniesie, prawda?

 

W ostatnim akapicie poprzedniego odcinka pisałem, że nie w smak mi perspektywa tułania się zatłoczoną drogą A9 na południe, w stronę Edynburga. I że mam pomysł jak tego uniknąć, przynajmniej częściowo. Otóż pomysł polega na tym, by z Aberfeldy nie wracać w ten główny nurt komunikacyjny, ale uciec w przeciwnym kierunku, na zachód, w głąb Highlands, nad jezioro Tay.

 

Pod budynkiem destylarni Aberfeldy "zaparkowała" stara lokomotywa, która swego czasu dostarczała surowce i odbierała whisky. Widok z okna destylarni w typowo szkocki, deszczowy dzień.

 

Loch Tay to jedno z wielu typowych dla Highlands jezior rynnowych. Długie na ponad 20 km, wąskie, malownicze. Droga, którą się poruszamy, biegnie wzdłuż północno-zachodniego brzegu jeziora – momentami tuż przy brzegu, czasem odrobinę dalej, jednak niemal ciągle mamy widok na taflę wody. I jak to bywa w Highlands, niemal wprost z wody wyrastają niebosiężne, jak się wydaje, góry. Nazwa Highlands jednak do czego zobowiązuje. Wybór północno-zachodniego brzegu jest jednak wyborem zachowawczym. Biegnąca tamtędy A827 to droga szeroka, wygodna. Przynajmniej jak na szkockie standardy. Amatorom przygód, a przede wszystkim tym, którym nie spieszy się do kolejnego punktu na trasie, polecam niepozorną i wyraźnie węższą drogę bez nazwy, która odbija od A827 tuż przed osadą Kenmore i wiedzie wzdłuż południowo-wschodniego brzegu jeziora. To może być ostatnia, a na pewno jedna z ostatnich okazji powłóczenia się pojedynczymi drogami. Te mijanki, gdzie jakiś dowcipniś na znaku zamienił „a” na „i” – i wyszło „pissing place.” Zapewniam, że za pierwszym, drugim, a nawet trzecim razem, szczerze śmieszy. Za tysiąc osiemset dwudziestym czwartym – już mniej. No i w związku z tym, że te góry naprawdę wyrastają wprost z brzegów jeziora, zdarza się, że ta droga wiedzie nieco powyżej poziomu wody. Widoki niewiarygodnie piękne. Plus raz po raz miejsca, gdzie można rozbić namiot. Zdarzyło mi się kilka razy, że generalnie opierałem się na noclegach bedenbrekfestowych, ale na wszelki wypadek miałem w bagażniku namiot, śpiwór i całą niezbędną resztę. Tutaj – jak znalazł, bo niektórym miejscom nie sposób się oprzeć. No i niemal absolutny brak innych samochodów, kolejne rozkoszne bezludzie, cisza wokół.

 

Którą drogą byśmy nie objeżdżali Loch Tay, na koniec dotrzemy do osady Killin. Tam, gdzie wody rzeki Drochart wpadają do Loch Tay. Zanim jednak wpadną, to wyprawiają cuda niebywałe. Zdarzyło mi się kiedyś dotrzeć do Killin jakoś krótko po okresie wyjątkowo deszczowej pogody, kiedy Drochart ledwo mieściła się w swoim korycie. W Killin, nad brzegiem Drochart siedziałem wpatrzony jak w bęben pralki automatycznej. Rzeka rozlewa się tam szeroko, przepływając po skałach, tworząc około półkilometrowy ciąg kaskad i wodospadów. Mniejszych i większych, szerszych i węższych, niskich i całkiem pokaźnych. Wartki nurt, kipiel za kipielą, mniejsze i większe skaliste wysepki w samym środku nurtu, wreszcie kamienny most, po którym biegnie główna droga w Killin. Woda ma typowy dla Highlands, nieco brązowy kolor – wynika to z faktu, że wcześniej przepływa przez torfowiska. Nie da się tu nie zatrzymać. A że tuż obok znajduje się klimatyczny pub (byłem tu jesienią, w kominku płonęły polana), w którym można nie tylko wypić, ale i zjeść coś smacznego – ten postój może pełnić więcej niż tylko estetyczną funkcję.

 

Nocowanie pod namiotem w Szkocji ma swoje uroki. Na zdjęciu nie widać jednak wspominanych już kilkakrotnie meszek (midges).

 

Po krótkim popasie w Killin, ruszam dalej. Wkrótce droga skręca na południe, łączy się z A85, wiodącą wprost do Perth. Akurat do Perth niespieszno mi tym razem, ale jednego razu kusiło mnie, by dotrzeć do St. Fillans nad brzegiem Loch Earn. I dlatego wybrałem się właśnie drogą wiodącą wzdłuż – znowu malowniczych – brzegów tego jeziora. Powodem była niezwykła rzeźba, której zdjęcia widziałem wcześniej w sieci, a która znajdowała się kilka metrów od brzegu jeziora, nad jego falami, naprzeciwko hotelu The Four Seasons. Mowa o stalowej postaci człowieka, statui wykonanej z polerowanych płytek, w których odbijały się fale jeziora. Właśnie dzięki temu nazwano ją Mirror Man, mimo iż jej autor nadal jej zgoła inną nazwę. Tak czy inaczej, chciałem ją zobaczyć. Nawet w bagażniku targałem ze sobą statyw i filtry potrzebne do zdjęć o długiej ekspozycji. Znalazłem Loch Earn, znalazłem The Four Seasons. Nie znalazłem Mirror Man. Jak się później dowiedziałem, statua zniknęła jakieś półtora miesiąca przed moim przyjazdem. Tak więc, zdjęć nie zrobiłem, zainteresowanych odsyłam do Google Images.

 

EDIT: Kiedy pracowałem nad niniejszym tekstem, znalazłem w sieci wiadomość, że Mirror Man wrócił już na swoje miejsce. Widocznie po prostu miałem pecha.

 

To nie powódź stulecia, to rozlewisko rzeki Drochart w miejscowości Killin, tzw. Falls of Drochart.

 

Tak więc, nie zobaczywszy jednej z najsłynniejszych szkockich rzeźb współczesnych, mijam St. Fillans, wracam do głównej drogi A85 i udaję się w stronę kolejnej destylarni, Deanston. Tak przy okazji, do tej A85 wracam znowu drugą, zdecydowanie mniej uczęszczaną stroną jeziora. To wydaje się być w Szkocji regułą – sporo jezior da się objechać z obu stron, przy czym droga biegnąca wzdłuż jednego brzegu jest bardziej zatłoczona i ruchliwa niż ta po drugiej stronie. Z St. Fillans ruszyłem przeuroczą, wąziutką – i absolutnie pustą – drogą wiodącą wzdłuż południowego brzegu Loch Earn. Miejscami do wody od asfaltu jest tu mniej niż 5 metrów. No i jest malowniczo. Oj, jest.

 

Jestem z powrotem w nieco główniejszym nurcie, choć o korki na drodze A84, wiodącej na południe tak trudno, jak o pingwiny w Arktyce. Kilka kilometrów trasy biegnie wzdłuż kolejnego jeziora, Loch Lubnaig. W dalszym ciągu jest magicznie, malowniczo, hajlandowo, choć na tym terenie coraz trudniej o niemal gołe, pokryte jedynie wrzosowiskami stoki górskie. Coraz częściej widoki zasłaniają drzewa. I coraz częściej człowiek tęskni do surowych w charakterze krajobrazów północnych Highlands.

 

Docieram wreszcie do miejscowości Doune, miasteczka mającego do zaoferowania dwie niewątpliwe atrakcje. Pierwszą z nich jest zamek Doune, średniowieczna twierdza – częściowo odrestaurowana, w całości doskonale zachowana i udostępniona do zwiedzania. Zamek Doune znany jest wielbicielom humoru spod znaku Monty Pythona. Podczas kręcenia części scen do „Świętego Graala” wykorzystano niektóre pomieszczenia zamkowe, jak i jego bezpośrednie otoczenie. To pod zamek Doune podstawiono królika trojańskiego, to tutaj odbywało się wesele, na które wparował Sir Lancelot, to w wieży tego zamku przetrzymywany był krnąbrny książę, to wreszcie Doune Castle „zagrał” Castle Anthrax, gdzie Sir Galahad omal nie stracił swej niewinności na rzecz zamieszkujących go młodych, ponętnych niewiast.

 

The Falls of Drochart w Killin z innej perspektywy. W jednym z widocznych na dalszym planie domów znajduje się pub, w którym zjeść można i wypić - i to całkiem nieźle, choć akurat whisky nie jest ich specjalnością.

 

Druga atrakcja miasteczka Doune znajduje się po przeciwnej stronie rzeki Teith, nieco w górę jej biegu. Do drugiej połowy XX wieku był to zakład tkacki. W 1966 po raz pierwszy w Deanston – bo o niej mowa – zamiast zajmować się tkactwem, odpędzono tu whisky. Jak się łatwo domyślić, Deanston swoją architekturą nie przypomina żadnej innej destylarni whisky. Trudno tu doszukiwać się malowniczych słodowni, zwieńczonych pagodą. Zamiast tego mamy dość surowy gmach z cegły, który rzeczywiście bardziej przypomina jakiś zakład przemysłowy niż destylarnię whisky. Nic dziwnego, budynek powstawał właśnie jako zakład przemysłowy i nikomu w głowie nie postało, by uczynić go jakoś specjalnie atrakcyjnym wizualnie.

 

Destylarnia wypuściła swoją pierwszą single malt już w 1971 roku, ale właściciele widocznie nie bardzo byli przekonani co do ewentualnego sukcesu rynkowego. Postanowili więc pomóc swojemu produktowi, nadając mu nazwę Old Bannockburn – od miejsca bitwy z 1314 roku, jednego z bardziej znaczących zwycięstw Szkotów nad Anglikami. Pierwsza Deanston single malt whisky ukazała się na rynku w 1974, a więc stosunkowo wcześnie w historii szkockiej whisky słodowej. W ostatnich latach jesteśmy świadkami prawdziwej ofensywy rynkowej marki Deanston. Dostępnych jest już pewno kilkanaście różnych edycji, w tym rocznikowych i limitowanych.

 

W deszczowy dzień na dziedzińcu destylarni Deanston. Skład pustych beczek, czekających na napełnienie destylatem.

 

Nas najbardziej interesuje jednak whisky wchodząca w skład najnowszej edycji whisky spod szyldu Murray McDavid. W kategorii Benchmark ukazała się bowiem bardzo niedawno Deanston 1996 21yo – doskonały przykład czego można oczekiwać od Deanston, jeśli potraktuje się ją poważnie i odpowiednio starannie wyselekcjonuje beczkę. Nasza Deanston najpierw spędziła niecałe 20 lat w beczce po burbonie, po czym na niecałe dwa lata przelana została do świeżej beczki po burbonie z destylarni Koval w Chicago. Bez barwienia karmelem, bez filtrowania na zimno, naturalnie. Zawartości tej jednej beczki po Koval wystarczyło do napełnienia jedynie 222 butelek.

 

Ach, no i Deanston od paru lat przyjmuje zwiedzających. Funkcjonujące na terenie destylarni Visitor Centre oferuje kilka różnych programów zwiedzania i degustacji, świetnie zaopatrzona kafejka kusi domowym jedzeniem. A gdyby mało było atrakcji, warto wiedzieć, że Deanston „wystąpiła” w filmie „Whisky dla aniołów” w reżyserii Kena Loacha, bodaj najbardziej znanej produkcji, której akcja związana jest ściśle z wątkiem gorzelnianym. Jednak, jako że destylarnia z zewnątrz nie przedstawia zbyt atrakcyjnego widoku, w filmie ujęcie z zewnątrz nakręcono w bez porównania bardziej atrakcyjnej Glengoyne. Później jednak cała sekwencja związana ze zwiedzaniem destylarni odbywa się w Deanston. W jednym z magazynów wyeksponowano beczkę, na której podpisy złożyli twórcy filmu, a w kafejce destylarni na ścianie wisi plakat z filmu, również z autografami twórców.

 

Beczki opatrzone autografami twórców filmu "Whisky dla aniołów" ("The Angels' Share"), w tym reżysera Kena Loacha, eksponowane są w Deanston z niekłamaną dumą.

 

Z Deanston ruszam na wschód, w stronę drogi, której tak bardzo wcześniej chciałem uniknąć – po kilku kilometrach docieram do A9, która już na tym odcinku jest regularną dwupasmówką, więc aż tak nie boli. Nawet jeśli jadę trochę na północ, czyli niejako z powrotem, skąd przyjechałem. No, bardziej na północny wschód, a momentami wręcz całkiem na wschód, ale jednak, pod prąd w stosunku do przyjętej trasy. Wkrótce okaże się dlaczego.

 

Co mogło mnie tu przygnać? Oczywiście kolejna destylarnia, bo cóż innego? Przecież gdybym szukał atrakcji turystycznych, to natychmiast ruszyłbym na południe, w stronę Stirling. Zaliczyłbym tamtejszy zamek, malowniczo położony, monumentalny pomnik Williama Wallace’a, może odwiedził pole bitwy? Tej wspomnianej chwilę temu, pod Bannockburn. A potem pojechał jeszcze dalej na południe, do Falkirk. Zobaczył słynną śluzę Falkirk Wheel i pomnik Kelpies. A mnie do gorzelni jednak ciągnie.

 

Tymczasem jadę do Blackford. Szczerze mówiąc, to przed napisaniem poprzedniego zdania musiałem sprawdzić w jakiej miejscowości mieści się destylarnia Tullibardine. Bo do niej właśnie jadę, a usytuowana jest tuż przy drodze A9, więc nigdy nie było potrzeby wjeżdżania do centrum samej miejscowości, znajdującej się zresztą z boku głównego traktu komunikacyjnego.

 

W Deanston, podobnie jak w wielu innych destylarniach otwartych dla zwiedzających, można sobie własnoręcznie napełnić butelkę whisky prosto z beczki.

 

Zanim Tullibardine uaktywniła się marketingowo – a miało to miejsce stosunkowo niedawno, dosłownie kilka lat temu – można było przejechać i sto razy obok budynków destylarni i nawet jej nie zauważyć. Stan ten uległ zmianie na lepsze (destylarnię trudno przegapić) wraz z rynkową ofensywą i otwarciem gorzelni dla zwiedzających. Przytulne Visitor Centre, przyzwoicie zaopatrzony sklep, kilka opcji zwiedzania. Jeśli jednak jedziemy – jak ja w tym przypadku – od strony Stirling, trzeba być czujnym. Jeśli zobaczymy budynki, na których jak byk, wielkimi literami napisano, że to Tullibardine, może być za późno by skręcić i zjechać z głównej drogi. Jak już nie raz bywało, kłaniają się oficjalne, brązowe znaki drogowe. A że jesteśmy w ruchu lewostronnym (nigdy nie wolno zapomnieć!) i destylarnia znajduje się po lewej stronie drogi, wystarczy tylko łagodny zjazd – i już meldujemy się pod drzwiami Visitor Centre.

 

Nie można dać się zwieść ogromnym cyfrom na frontowej ścianie budynku destylarni, układających się w datę 1488. To z całą pewnością nie jest data założenia destylarni. Pierwsza wzmianka o destylacji wody życia w Szkocji pochodzi wszak z 1495 roku, tak więc data z Tullibardine nie może dotyczyć whisky. Dotyczy browaru, który funkcjonował w tym miejscu już w średniowieczu, a w którym właśnie w 1488 zatrzymał się król Jakub IV w drodze powrotnej ze swojej koronacji w pałacu Scone. No i przy okazji kupił beczkę piwa. Data na tyle dobra, by posługiwać się nią do dzisiaj. Wszak browarnictwo to często wstęp do gorzelnictwa, a whisky robi się w gruncie rzeczy z piwa. Tak czy inaczej, marketingowo nośna data, dziwne by było, gdyby właściciele destylarni jej nie wykorzystali.

 

Skoro jednak mowa o starych destylarniach, to w te pędy wyruszam na północ od Tullibardine. Ze znienawidzonej A9 skręcam w lewo na najbliższym dużym skrzyżowaniu i już po chwili jestem na najlepszej drodze (A823) wiodącej do destylarni, starannie kultywującej status najstarszej destylarni w Szkocji. Jadę do Glenturret. Czy rzeczywiście twierdzenie, jakoby była to najstarsza destylarnia, ma swoje uzasadnienie, jest kwestią dyskusyjną. Jednak Edradour należy do grupy Edrington, tej samej stajni, co Macallan i Highland Park, więc pewna doza megalomanii w działaniach marketingowych wydaje się tu nieunikniona.

 

Destylarnia Deanston od frontu.

 

Destylarnia Glenturret to jednak przede wszystkim świątynia whisky mieszanej Famous Grouse. Podobnie jak w Aberfeldy (Dewar’s World of Whisky), w Glenturret urządzono mini muzeum poświęcone najsłynniejszemu blendowi, w skład którego wchodzi wytwarzany na miejscu destylat, czyli Famous Grouse. W gruncie rzeczy, wszystko w Glenturret jest mini – cała destylarnia to zespół niewielkich budyneczków wpasowanych między drogę i potok Barvick Burn, ukrytych wśród drzew. Ukrytych niemal tak skutecznie, jak zespół już mniej malowniczych magazynów kilkadziesiąt metrów dalej, po drugiej stronie drogi.

 

Glenturret jest niewielką, ale niezwykle uroczą destylarnią. Nic dziwnego, że poświęcono ją na promowanie sporej marki whisky mieszanej, zamiast topić pieniądze w promowanie jej samej jako producenta whisky słodowej. Przy nieco ponad 300 tysiącach litrów rocznej wydajności, z czego większość trafia właśnie do blendów, skórka mogłaby nie być warta wyprawki, postawiono więc na Famous Grouse. Jak by do sprawy marketingu nie podchodzić, w Glenturret uczyniono to zgrabnie, przygotowano ciekawą ekspozycję, świetnie zaopatrzony sklep, kafejkę. Wybierając się do Glenturret, warto zaplanować pobyt nieco dłuższy niż tylko standardowe zwiedzanie destylarni.

 

Część budynków Tullibardine jeszcze do niedawna mieściła centrum handlowe. Obecnie cały kompleks zajmuje rozwijająca się prężnie destylarnia.

 

Po Glenturret przyszedł czas na rzucenie się w nurt nowego. Czasem całkiem nowego i czającego się niespodziewanie gdzieś za rogiem. Tak się bowiem złożyło, że na wschód od Glenturret i Tullibardine pojawiło się w ostatnich latach całe zagłębie gorzelniane. Co więcej, niemal wszystkie destylarnie, o których za chwilę, znajdują się w regionie Lowlands. A że na trasie mamy ich jeszcze co najmniej sześć, okazuje się, że ostatnie lata przyniosły rewolucję właśnie w tym regionie. Wszak jeszcze nie tak dawno w Lowlands działały jedynie dwie destylarnie – Glenkinchie i Auchentoshan. Teraz tylko w hrabstwie Fife mamy do czynienia z szóstką nowych gorzelni, a niektóre z nich poczynają sobie całkiem śmiało.

 

Większość nowych projektów gorzelniczych w Szkocji to przedsięwzięcia niewielkie, więc z punktu widzenia niezależnego dystrybutora, takiego jak Murray McDavid, nie mają większego znaczenia. Ich whisky raczej nieprędko trafi do naszych butelek. Jeśli w ogóle. Jednak nie można nie zauważyć ich istnienia, tym bardziej, że nie niektóre z nich są stanowczo i bezsprzecznie godne uwagi z punktu widzenia gorzelnianego turysty wędrującego po Szkocji. Ale po kolei.

 

W hali alembików Tullibardine fotografowanie jest zabronione.

 

Najpierw opuszczam Crieff, miejscowość, w której znajduje się Glenturret. Jadę tam, gdzie drogowskazy pokazują kierunek na Perth, czyli drogą A85. Nie żeby coś mnie ciągnęło do Perth, choć znajdujący się na przedmieściach Scone Palace jest godny zainteresowania; pod warunkiem, że nie wpadniemy tam w dzień jakiejś szczególnej imprezy i spędzimy pół dnia szukając możliwości zaparkowania. To jednak zupełnie inna historia. Nam spieszno teraz do destylarni. A o te już za chwilę będzie równie łatwo, jak w Speyside.

 

Pierwszą jaskółką zwiastującą destylarniany raj jest znajdująca się niedaleko drogi A85, kilkanaście kilometrów od Crieff destylarnia Strathearn. Widać ją nawet z drogi, bo teren tu raczej już płaski, pokryty głównie polami uprawnymi. Tak więc, jeśli będziemy dokładnie obserwować okolice, jest szansa, że na nią trafimy bez konieczności uciekania się do pomocy nawigacji satelitarnej. Strathearn założona została w 2013 roku, jest to niewielkie, prywatne przedsięwzięcie. Wydajność w okolicach 30 tysięcy litrów czystego alkoholu rocznie nie wróży destylarni międzynarodowej kariery. Ale być może właśnie dlatego warto tu wpaść i przekonać się na własnej skórze jak to wygląda? Strathearn ma do zaoferowania whisky – młodą, nie inaczej – rum i gin. No i przyjmuje turystów. Ba, można tam zatrudnić się jako członek załogi na całe trzy dni. Z tym, że za takie zatrudnienie trzeba będzie zapłacić pracodawcy.

 

Atrakcje turystyczne w Glenturret poświęcone są przede wszystkim najsłynniejszej marce whisky mieszanej, w któej skład wchodzi wytwarzana tu whisky - Famous Grouse. Witajcie w The Famous Grouse Experience.

 

Krótko po minięciu Strathearn docieramy do obwodnicy Perth. A właściwie do mojej ulubionej A9, która na tym odcinku robi za obwodnicę Perth. Nie przyzwyczajam się jednak do A9, bo już po około dwóch kilometrach zjeżdżam z A9 na M90. Autostrada! I to ta wiodąca do Edynburga. Dobrze jest uważać na rondzie, stanowiącym skrzyżowanie A9 i M90, i zjechać w odpowiednim miejscu. Szczególnie jeśli człowiek przywykł do tego, że w tym miejscu zwykle kieruje się na Glasgow. Nie tak dawno zamiast zjechać właśnie na Edynburg, zjechałem na Glasgow. No i trzeba było kombinować jak tu wrócić na właściwą trasę.

 

Pamiętać trzeba też o jeszcze jednej rzeczy – wróciliśmy niniejszym w najbardziej zurbanizowane okolice Szkocji. A to oznacza, między innymi, odcinkowe kontrole prędkości na głównych drogach. Tak więc, na tej M90 nie ma co szaleć, nawet jeśli ruch jest akurat niewielki. Zresztą, do tej autostrady nie ma co się przyzwyczajać. Po około dziesięciu kilometrach autostradowego szaleństwa docieramy do rzeki Earn (to ta, od której nazwę wzięła destylarnia Strathearn; tak jak Strathisla wzięła nazwę od rzeki Isla, itd.). A rzeka Earn stanowi na tym odcinku granicę między regionem Highlands i Lowlands. Tymczasem mnie – jako kierowcę – interesuje zjazd nr 9, droga A912, kierunek na Cupar i Bridge of Earn. Jednak i do tej drogi bym się zbytnio nie przyzwyczajał. Już wkrótce kolejny raz skręcam w lewo, tym razem na rondzie. Szukam już drogowskazu na Newburgh. Jak miło znowu znaleźć się w prowincjonalnej Szkocji. Bez tych paskudnych autostrad i samochodów jadących zderzak w zderzak.

 

Nad jednym z budynków destylarni Glenturret góruje charakterystyczna pagoda. Jednak nie wolno dać się zwieść - tutaj nie znajdziemy działającej suszarni słodu.

 

I całe szczęście, bo teraz już nie ma co obserwować innych samochodów. Teraz trzeba patrzeć co dzieje się po lewej stronie drogi. Może się bowiem zdarzyć, że będzie się tam działo pędzenie whisky. Na niewielką skalę, to fakt. W bardzo nieatrakcyjnie wyglądających budynkach, to kolejny fakt. Za to z jaką historią! Otóż Aberargie, bo o tej destylarni mowa, uruchomiona została pod koniec 2017 roku przez – mówiąc w skrócie – syna Stanley’a B. Morrisona, niegdyś właściciela Bowmore. Tego Morrisona od Morrison Bowmore Distillers, firmy, do której swego czasu należała Glen Garioch, Auchentoshan i właśnie Bowmore.

 

Kiedy pierwszy raz przejeżdżałem obok, nie mogłem uwierzyć własnym oczom – oto w miejscu, gdzie nie powinno być żadnej destylarni, stoi mało urokliwy budynek, ale jednak bezsprzecznie jest to destylarnia. Wskazówką może być widok sporych rozmiarów miedzianych alembików w ogromnym oknie. Wstyd się przyznać, przejeżdżałem tamtędy jeszcze kilka razy, już wiedząc co na mnie czeka za rogiem, ale nigdy nie było czasu, by się tam zatrzymać i spróbować rzucić okiem z bliska na poczynania Aberargie. Przyjdzie jeszcze i na to czas.

 

Destylarnia Lindores Abbey znajduje się przez ulicę (niezwykle wąską) od ruin historycznego opactwa, w którym swego czasu mieszkał i działał mnich John Cor.

 

Tymczasem wiem doskonale dokąd tym razem zmierzam. Michael Jackson napisał kiedyś, że wizyta w tym miejscu to dla wielbiciela whisky prawdziwa pielgrzymka. Miał na myśli ruiny Lindores Abbey, opactwa w którym mieszkał i działał m.in. John Cor. To braciszek zakonny, który w 1494 roku dostał zlecenie na produkcję aqua vitae dla króla Jakuba IV (tego samego, który kilka lat wcześniej beczkę piwa sobie kupił w Tullibardine). Wzmianka w księgach podatkowych za rok 1494-95 uznawana jest za najstarszy pisany ślad dotyczący produkcji szkockiej whisky. Kiedy Michael Jackson pisał wspomniane wyżej słowa, pięknie zachowane ruiny Lindores Abbey były niczym więcej niż właśnie ruinami. Miejscem pielgrzymek w najlepszym razie. Trudno było przewidzieć, że w drugiej dekadzie XXI wieku Szkocja przeżyje największy w historii przemysłu gorzelniczego boom, a nowe destylarnie będą rosły jak grzyby po deszczu. I że właścicielom posiadłości, na terenie której znajdują się owe ruiny, przyjdzie do głowy, że może warto pomyśleć o wskrzeszeniu w tym miejscu gorzelniczych tradycji.

 

Kiedy po raz pierwszy zawitałem do Newburgh jesienią 2016 roku, Lindores Abbey Distillery była wielkim placem budowy. Trochę ponad rok później, tuż przed Bożym Narodzeniem 2017, z jej alembików popłynął pierwszy destylat. Dwa tygodnie później odkryli, że nie trzeba było się tak spieszyć, a potem robić długiej przerwy, bo sroga zima zamroziła im całą instalację, opóźniając tym samym ponowne uruchomienie i narażając właścicieli na koszty.

 

Z hali alembików Lindores Abbey Distillery rozciąga się widok na ruiny historycznego opactwa, od którego destylarnia wzięła swoją nazwę.

 

Piękne budynki, w każdym calu przemyślana funkcjonalność, widok na ruiny opactwa z hali alembików i sąsiadującej z nią kafejki na piętrze. Co więcej, wiele wskazuje na to, że można oczekiwać naprawdę dobrej whisky za kilka lat. No i jest miejsce na rozbudowę, gdyby się okazało, że sukces przerósł wstępną wizję właścicieli. A na dodatek, w oczekiwaniu na pierwszą whisky – doskonały napitek, zwany tu Aqua Vitae. Trunek przygotowywany na bazie tutejszego destylatu, z wykorzystaniem zebranych lokalnie ziół, owoców i miodu z własnej pasieki. Czyli tak, jak ponad 500 lat temu musiał to robić John Cor. Takie jest, zresztą, założenie – poza whisky, która musi podlegać współczesnej definicji, wytwarzane tu trunki mają nawiązywać do tradycji gorzelnictwa sprzed wieków, oraz wykorzystywać dostępnie lokalnie surowce. Takie same, w miarę możliwości, jak te dostępne dla XV-wiecznych zakonników. We współpracy z Heriot Watt University w Edynburgu trwają nawet prace nad odtworzeniem specjalnego szczepu drożdży. Braciszek John Cor byłby dumny.

 

Gdyby ktoś chciał się wybrać do Lindores Abbey Distillery, warto pamiętać, że znajduje się ona na obrzeżach miejscowości Newbugh, a nie w znajdującej się nieopodal wsi Lindores.

 

Jak się łatwo domyślić, postać braciszka Johna Cora odgrywa istotną rolę w budowaniu image'u nowej destylarni. Na zdjęciu jeden z elementów w tutejszym Visitor Centre.

 

Z Lindores Abbey ruszam w stronę Cupar, czyli w lewo przy stacji benzynowej, zaraz po wyjeździe z destylarni. Jednak w związku z tym, że chcę zatrzymać się choć na chwilę w kolejnej nowej destylarni, drogowskazy pokazujące którędy na Cupar jakoś bardzo mi tym razem nie pomogą. We wspomnianej wyżej wsi Lindores muszę bowiem – wbrew drogowskazowi na Cupar – skręcić w prawo, w kolejną podrzędną drogę, a mianowicie B937. Drogowskazom należy znowu zacząć wierzyć po dotarciu do drogi A91. Niewykluczone jednak, że tam już drogowskazy będą wskazywały kierunek na St. Andrews, a o Cupar mogą milczeć. Tak czy inaczej, trzeba skierować się w lewo, w drogę A91, wiodącą właśnie do St. Andrews. Przez Cupar właśnie. Do przejechanie mamy nie więcej niż dwa kilometry, zanim trafimy na rondo, przez które prosto (drugi zjazd), a potem już trzeba mieć się na baczności, by nie przegapić ukrytego wśród drzew zjazdu w prawo, wprost do destylarni Daftmill.

 

Ta absolutnie miniaturowa gorzelnia założona została przez braci Cuthbert jeszcze w 2003 roku. Nawet jeśli doliczymy kolejne dwa lata, jakie zabrało uzyskanie licencji, mówimy tu o pierwszej szkockiej destylarni w XXI wieku. Mówimy o zakładzie, który pociągnął za sobą cała falę nowych szkockich gorzelni. Koncernowe molochy Ailsa Bay i Roseisle powstały odpowiednio w 2007 i 2009 roku. Abhainn Dearg na Hebrydach Zewnętrznych – w 2008. Co ciekawe, pierwsza limitowana edycja Daftmill single malt whisky pojawiła się na rynku dopiero w 2017 roku. Złośliwi mówili, że Daftmill produkuje tak niewiele whisky, że nie starcza jej na bieżącą konsumpcję właścicieli i ich znajomych, stąd brak jej w sprzedaży. W bieżącym roku (2018) na rynek trafiła druga edycja, rocznik 2006, i zebrała całkiem nienajgorsze recenzje.

 

W Eden Mill nietrudno o napitek. Trzeba tylko wybrać czym chcemy gasić pragnienie - piwem, ginem czy whisky.

 

Z Daftmill wracam na A91 i ruszam w drogę do St. Andrews. Przepiękne, nadmorskie miasteczko, z interesującym Aquarium i fascynującą historią golfa wcale nie jest moim celem. Jadę do destylarni Eden Mill, której lokalizację warto dokładnie sprawdzić przed wyruszeniem, a w każdym razie zaprzyjaźnić się na czas podróży z mobilną wersją map Google, już niejednokrotnie tutaj przeze mnie polecanych. Okazuje się bowiem, że destylarnia znajduje się dość daleko od samego miasteczka, i żeby do niej trafić, z mojej drogi A91 trzeba skręcić w lewo tuż przed mostem nad rzeką Eden, od której nota bene nazwę wziął najpierw browar, a potem destylarnia.

 

Po zjechaniu w lewo na rondzie tuż przed mostem, w drogę A919 (drogowskaz na Dundee), warto już kilkaset metrów dalej rozglądać się za obszernym, przestronnym parkingiem po prawej stronie, za którym w oczy rzuca się dość zaniedbany i mało estetyczny kompleks poprzemysłowy. I proszę mi zaufać – tam należy zostawić samochód, nawet jeśli w zasięgu wzroku nie ma żadnych wskazówek, że jesteśmy tuż obok destylarni Eden Mill. Następnie już pieszo należy udać się wzdłuż drogi, z której właśnie zjechaliśmy na ów parking. Drogi, która tutaj nazywa się Main Street. I przejść wzdłuż tego właśnie obskurnego kompleksu. Aż do momentu, gdy zobaczymy szyld destylarni i strzałkę wskazującą którędy do wejścia.

 

Swoistym ukłonem w stronę browarniczej działalności Eden Mill jest dbałość o odpowiedni dobór słodów jęczmiennych, na bazie których powstaje tutejszy destylat.

 

Eden Mill założono w 2012 jako Eden Brewery St. Andrews. W 2014 roku zakład zmienił nazwę na Eden Mill i poszerzył swoją działalność o produkcję ginu i whisky. Podobno w reakcji na zapytanie, gdzieś na polu golfowym, o najbliższą destylarnię whisky, skierowane przez jakiegoś amerykańskiego gościa do właściciela browaru. Ten po głowie się ponoć podrapał i skonstatował, że jakaś destylarnia nie zawadziłaby. I poszerzył działalność. Daleko jednak w swoim myśleniu nie uciekł od piwa. Elementy browarnictwa da się znaleźć i w produkcji ginu, jak i w produkcji whisky. Ten pierwszy doprawiany jest chmielem, przynajmniej w niektórych produkowanych tu wersjach. A jeśli chodzi o whisky, to wytwarzana tutaj jej różnorodność opiera się na różnorodności zastosowanych słodów – dokładnie tak, jak w przypadku piwa.

 

Mimo znikomej atrakcyjności tego miejsca z zewnątrz, warto się tu wybrać. Rzadka okazja posmakowania i zaopatrzenia się na później – zarówno w piwo, jak i gin i whisky. A właściwie młody destylat, w moim przypadku. Kiedy odwiedziłem Eden Mill w 2016 roku, destylarnia nie dorobiła się jeszcze pełnoprawnej whisky. Od tamtej pory się to zmieniło. No i mówi się o inwestycji w zwiększenie wydajności, a przy okazji podniesienie atrakcyjności zakładu. Tak więc, polecam.

 

Kingsbarns to kolejna nowa destylarnia. Podobnie jak opisywana kilka odcinków wcześniej Ballindalloch (Speyside) powstała w starych budynkach gospodarczych.

 

Jeśli ktoś poczuł zawód, że nie przejechaliśmy przez St. Andrews, to spieszę z pocieszeniem. Jak już wrócimy na nasz parking, do pozostawionego tam samochodu, pierwsze kroki (biegi?) kierujemy z powrotem, w stronę owego ronda przy moście. A potem przez most, wzdłuż słynnego pola golfowego St. Andrews Links (jedno z najstarszych na świecie) i przez sam środeczek St. Andrews, tuż obok ruin katedry, dwa kroki od wspomnianego akwarium. I tak dalej, na południe. W stronę Kingsbarns i destylarni Kingsbarns. I znowu, jak to często bywa w Szkocji, jedno nie jest tożsame z drugim. Destylarnia znajduje się za dwa kilometry za osadą o tej samej nazwie, w lewo od przebiegającej przez Kingsbarns drogi A917.

 

Kingsbarns założona została w 2014 i bardzo poważnie podchodzi zarówno do swojej roli jako producenta whisky, jak i do pełnienia funkcji atrakcji turystycznej. Ze smakiem urządzone Visitor Centre, starannie odrestaurowane zabytkowe budynki, ciekawa oferta sklepu. A na tyłach – nowa destylarnia, tym razem w pełni przeznaczona do produkcji ginu. Warto tu wpaść.

 

W zabytkowym gołębniku w Kingsbarns przechowywana jest pierwsza beczka, napełniona tu destylatem w marcu 2015 roku.

 

Po wizycie w Kingsbarns pozostała nam już tylko jedna destylarnia w hrabstwie Fife, w tej części Lowlands. Mowa o InchDairnie, znajdującej się w Glenrothes, jednym z największych miast regionu. Wbrew pozorom, żeby do niej dotrzeć po opuszczeniu Kingsbarns, nie wystarczy trzymać się po prostu głównej drogi. Przed nami kombinacja dróg i dróżek, w tym tych z oznaczeniem B, tak więc stanowczo polecam nawigację, bądź dokładną analizę mapy. Prędzej czy później pojawią się drogowskazy na Glenrothes, jednak zanim to nastąpi, podróżnik zbytnio zadufany w swoich możliwościach i wyczuciu topografii terenu, może się nieprzyjemnie zdziwić. Sprawdzone na własnej skórze.

 

Mnie się to ze dwa razy już udało, więc wiem. Mam za sobą dziś spory odcinek drogi, dlatego po dotarciu do Glenrothes szukam dla siebie jakiegoś przytulnego bed & breakfast, kwateruję się i wyruszam na poszukiwanie dobrego jedzenia i picia. Zapracowałem sobie na wyżerkę. I tym razem nie skieruję się na pole namiotowe Kingdom Caravan Park, na którym swego czasu, jakoś latem 2006, udało mi się znaleźć jedyne wolne miejsce w całym hrabstwie Fife. Uroki znalezienia się w bezpośredniej bliskości Edynburga i związanego z tym masowego ruchu turystycznego. W tych okolicach człowiek zaczyna tęsknić za bezludziami północno-zachodniej Szkocji.

 

Starannie przygotowana ekspozycja opowiada o historii gorzelnictwa, ale także o regionie Fife.

 

A tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś się zaczął zastanawiać – miejscowość Glenrothes w hrabstwie Fife nie ma nic wspólnego z destylarnią Glenrothes, ani produkowaną tam whisky. Destylarnia Glenrothes znajduje się w Speyside, w miejscowości Rothes, tuż nad brzegiem potoku Rothes, gdzieś między Aberlour a Elgin. I to od nich – miejscowości i potoku – bierze swą nazwę. Glenrothes w hrabstwie Fife nazwę swą wzięło od hrabiego Rothes, do którego niegdyś należała tutejsza okolica. Przedrostek „glen” dorzucono do nazwy dla odróżnienia właśnie od tamtego Rothes w Speyside. Wprowadzając przy okazji dodatkowe zamieszanie, związane z nazwą destylarni. Przynajmniej z puntu widzenia wielbicieli szkockiej whisky słodowej.

 

Na koniec ważny komunikat – następny odcinek będzie ostatni.

 

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...