Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 20 i ostatnia)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

Glenfinnan i Skye [cz. 7]

Północny zachód i północ [cz. 8]

Orkady [cz. 9]

Na południe, do Speyside [cz. 10]

Speyside, dzień pierwszy [cz. 11]

Dufftown [cz. 12]

Keith i Rothes [cz. 13]

Do Balmoral [cz. 14]

Aberdeenshire – destylarnie i zamki [cz. 15]

Okolice Elgin [cz. 16]

Wokół Aberlour, w dolinie Spey [cz. 17]

Pożegnanie ze Speyside, na południe [cz. 18]

Highlands i nowe Lowlands (Fife) [cz. 19]

 

 

W poprzednim odcinku wylądowałem w Glenrothes, bo dalej na południe to już tylko Edynburg i Borders. A do stolicy Szkocji wiedzie przeprawa przez zatokę Firth of Forth i szkoda trochę jechać tam w nocy, pozbawiając się widoków z mostu. I mostów. Co prawda, mógłby pojechać przez Stirling, po drodze zaliczyć Cambus, ruszyć na Falkirk, zahaczyć o niewiarygodną wręcz śluzę łączącą kanały Forth & Clyde i Union, później jeszcze poszukać budynków nieczynnej (ale to już niedługo) Rosebank, pokłonić się zjawiskowym Kelpies, wreszcie poszukać pozostałości po destylarni St. Magdalene i dopiero uderzyć na Edynburg od zachodu.

 

Prawdą jest, że na tym niewielkim odcinku znajdziemy nagromadzenie atrakcji, o jakie być może trudno gdziekolwiek indziej w Szkocji. No, bo co tu dużo mówić – w Stirling znajduje się średniowieczne zamczysko, jedna z większych i najpotężniejszych twierdz w Szkocji. Sam zamek wystarczy, by zapełnić przynajmniej pół dnia zwiedzania. A jeśli dobrze rozejrzymy się stojąc na esplanadzie zamku, u stóp pomnika Roberta de Bruce, bez trudu dostrzeżemy charakterystyczną wieżę na szczycie jednego ze wzgórz nieopodal. To pomnik Williama Wallace’a – kolejny żelazny punkt na mapie atrakcji tej części Szkocji. Któż nie oglądał i nie zachwycał się filmem Braveheart? Znam takich, co to jeżdżąc po Szkocji, w odtwarzaczu samochodu mają ścieżkę dźwiękową z tego filmu.

 

Na esplanadzie zamku w Stirling stoi pomnik króla Roberta Bruce'a. W tle natomiast - na wzgórzu wieża, moument poświęcony Williamowi Wallace'owi, powszechnie znanemu jako Braveheart.

 

Falkirk – i tutaj trudno opędzić się od atrakcji. Najpierw Falkirk Wheel, czyli ogromne wahadło, służące za śluzę łączącą dwa niegdyś ważne, później zapomniane, a obecnie wracające do dawnej świetności kanały – kanał Forth & Clyde i kanał Union. Potem pozostałości destylarni Rosebank, a właściwie już wkrótce plac budowy, w przyszłości wreszcie przywrócona ponownie do życia, działająca destylarnia. W końcu imponująca swoimi rozmiarami, ale i śmiałym projektem, statua The Kelpies – stalowe, ażurowe głowy końskie, wystające z wody na kanale Forth & Clyde. Kelpies to takie stwory z mitologii celtyckiej, wredne istoty żyjące w wodzie, porywające ludzi, a przybierające różne formy, w tym właśnie końskie.

 

Wreszcie miasteczko Linlithgow, w którym bez większego problemu, nad brzegiem kanału Union, znaleźć można charakterystyczne pagody. Jak wiadomo, pagody takie wieńczyły zwykle suszarnie słodu, a ich konstrukcja, opracowana pod koniec XIX wieku przez architekta Charlesa Doiga, specjalistę od projektowania destylarni, miała wspomagać cyrkulację gorącego powietrza w komorze suszarni. Przy okazji, pierwsza taka pagoda pojawiła się w Dailuaine w Speyside. Nie pozostało po niej jednak ani śladu – swego czasu pożary stanowiły prawdziwe utrapienie szkockich gorzelników. W innych miejscach – na przykład, w Caol Ila – stara suszarnia słodu, a wraz z nią pagoda, musiała ustąpić miejsca nowoczesnym rozwiązaniom, nowym budynkom. Tak czy owak, w Linlithgow znaleźć można pagody wieńczące niegdyś suszarnie słodu legendarnej już destylarni St. Magdalene.

 

The Kelpies, mityczne postaci, przybierające często formę koni. Przepiękne, choć wredne. Te ze zdjęcia można zobaczyć w Falkirk.

 

A gdyby komuś było mało, albo miał za towarzysza kogoś, kogo whisky nie interesuje, znajdujące się również w Linlithgow ruiny średniowiecznego Linlithgow Palace, niegdyś siedziby szkockich monarchów, na pewno sprawdzą się jako kolejna atrakcja.

 

Swoją drogą, mimo iż obydwie wspomniane przed chwilą destylarnie nie działają już od lat (Rosebank od 1993, a St. Magdalene od 1983), obydwie pojawiły się przynajmniej raz w ofercie Murray McDavid. Krótko po uruchomieniu naszej marki, w maju 1998 roku na rynku pojawiła się Rosebank 8yo z beczki nr 517 po burbonie – niezwykle apetyczna, choć niewiarygodnie blada z wyglądu alternatywa dla dostępnej wówczas dość powszechnie (przynajmniej na brytyjskim rynku) półoficjalnej edycji Rosebank 12yo Flora & Fauna. Jeśli natomiast chodzi o St. Magdalene, to w 2007 roku w serii Mission Gold pojawiła się na rynku edycja limitowana do 1800 butelek Linlithgow 1982 25yo, whisky destylowana na rok przed ostatecznym zamknięciem destylarni. Nazwana Linlithgow, gdyż i pod taką nazwą znana była owa destylarnia.

 

Nie jest to może najbardziej zapierające dech w piersiach zdjęcie mostów łączących przeciwległe brzegi zatoki Firth of Forth, jednak obecnie nie do wykonania - w miejscu gdzie stałem wówczas z aparatem teraz biegnie autostrada wiodąca na nową przeprawę, Queensferry Crossing.

 

Ja jednak tym razem daruję sobie te atrakcje, gdyż spieszno mi do Edynburga. Ruszam w drogę natychmiast po bardzo wczesnym śniadaniu. A to dlatego, że szkoda mi czasu na Glenrothes i całą resztę Fife. Niby ładnie i przyjemnie, ale jak mam w perspektywie dzień lub dwa w Edynburgu, to właściwie mało co jest w stanie utrzymać mnie w miejscu. I wcale nie o whisky tym razem chodzi. Owszem, w Edynburgu znajdę kilka ciekawych sklepów, oferujących niezły wybór szkockiej wody życia, znajdzie się tam parę barów z całkiem imponującą ofertą whisky, a nawet swego rodzaju muzeum poświęcone uisge beatha. Ale nie dla whisky jeździ się do Edynburga. Bynajmniej.

 

Najpierw czeka nas przeprawa przez Firth of Forth, szeroką i długą zatokę, stanowiącą w gruncie rzeczy ujście rzeki Forth, wpadającej tu do Morza Północnego. I mogę się przyznać, dlaczego tak zależało mi na tym, by jechać do Edynburga zaraz po śniadaniu. I to wczesnym śniadaniu. Północny brzeg zatoki łączą z południowym trzy imponujące mosty. A podczas większości moich pobytów w Szkocji było ich tylko dwa – wisząca konstrukcja mostu drogowego, a paręset metrów dalej, masywny, pomalowany na czerwono most kolejowy. Jechałem i jednym i drugim, i przyznać muszę, że bardziej podobała mi się przeprawa tym kolejowym – przynajmniej nie musiałem siedzieć za kierownicą i uważać na ruch drogowy wokół mnie, dzięki czemu mogłem oddać się kontemplacji widoków z mostu. Zapierających dech w piersiach widoków. Kiedy się natomiast siedzi za kierownicą, bywa mniej malowniczo. Chyba że mam szczęście podróżować bladym świtem, tuż po wschodzie słońca, najlepiej jesienią, gdy na dole snują się poranne mgły, a my wyjeżdżamy wyraźnie ponad poziom dachów nawet dość wysokich domów i mamy możliwość podziwiania tego spektaklu z góry. I wtedy nie przeszkadza nam ograniczenie prędkości, obowiązujące na moście. Wręcz przeciwnie. Raz mi się tak zdarzyło, wiem co mówię.

 

Co prawda, w Edynburgu nie ma jeszcze destylarni whisky słodowej, jednak odniesienia do narodowego trunku Szkotów znaleźć można niemal na każdym kroku. Na przykład, na murach szkockiego parlamentu.

 

Od końca sierpnia 2017 roku z jednej strony Firth of Forth jeździ się nowym, jeszcze bardziej imponującym mostem, The Queensferry Crossing. Jak dotąd, zdarzyło mi się nim jechać tylko raz, i to w ciągu dnia. Ale wrażenia i tak były przepiękne. Poza tym, mostem tym jedzie się do Edynburga, a już to samo w sobie pomaga poprawić najgorszy nawet humor.

 

O samym Edynburgu można pisać w nieskończoność. A i spędzić w nim można całe lata, i nie do końca poznać to przepiękne, klimatyczne miasto. Najczęściej jednak mamy ograniczony czas pobytu, a i niniejszy tekst nie jest pisany z myślą o stolicy Szkocji. A w każdym razie, nie przede wszystkim o niej. Kiedy pierwszy raz odwiedziłem Edynburg, a było to w sierpniu 2000 roku, trafiłem – wraz z moimi towarzyszami (pozdrowienia, jeśli to czytają) – wprost w sam środek festiwalu edynburskiego. O festiwalu słyszało się gdzieś tam kiedyś, ale przecież jeszcze nawet w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, wszelkie tego typu informacje traktowało się jako ciekawostki teoretyczne, informacje ciekawe, lecz nie mające niż wspólnego z rzeczywistością. Któż jeździł wówczas po Europie w celach rekreacyjnych czy kulturalnych? Kogóż na to było stać? No nie, na pewno nie ja i nie mnie. Tak więc, kiedy na miejscu okazało się, że wokół nas dzieje się więcej niż mogliśmy się spodziewać – w tym, na przykład, Edinburgh Jazz and Blues Festival – nietrudno było zwariować z nadmiaru wrażeń.

 

Włócząc się po Edynburgu, nie sposób nie zajrzeć do któregoś z licznych tutaj pubów. A jeśli jeszcze okaże się, że ten czy tamten zachęca oryginalną nazwą, to juz absolutnie nie da mu się oprzeć.

 

Bywałem w Edynburgu jeszcze później, wiele razy. I zawsze były to dwa, trzy dni, gdzieś na początku lub na końcu kolejnej wyprawy w Highlands. I nigdy nie miałem czasu na gruntowną eksplorację miasta, jednak nawet bez tego Edynburg za każdym razem okazywał się w ten czy inny sposób magiczny. Czy to tuż po wschodzie słońca w lecie, gdy Royal Mile ciągle jeszcze jest wyludniona, a ja miałem za sobą całonocną podróż autobusem z Londynu, czy w trakcie leniwego popołudnia na plaży w Portobello, z jakimś chińskim tejkełejem, czy w przypadkowo odkrytym pubie, gdzie przy sąsiednim stoliku zasiadło dwoje muzyków – irlandzkie dudy i skrzypce – którym nagle zachciało się uwolnić swoje instrumenty z futerałów, a muzykę z duszy, czy wreszcie podczas jednego popołudnia przeznaczonego na Edynburg, gdy wpada się na Grassmarket i wcina doskonałą kolację z owoców morza w knajpie na rogu Cowgatehead i West Bow, kolację zapijaną nie whisky, a wyśmienitym białym winem.

 

Pamiętać jednak trzeba, że Edynburg ma się nijak do reszty Szkocji. Trochę tak, jak nasz Kraków nie przypomina w najmniejszym nawet stopniu Podhala, i trudno tu doszukiwać się wrażeń choć częściowo przypominających spacery po Hali Gąsienicowej czy wspinaczkę na Kasprowy. Kiedy przyjeżdża się do Edynburga na koniec wyprawy na północ Szkocji, nietrudno o pewnego rodzaju  rozczarowanie. Mnie się to zdarzyło kilka razy, w tym przede wszystkim podczas pierwszego pobytu w Szkocji w lecie 2000. I kiedy już spędziłem prawie miesiąc jeżdżąc po całej Szkocji, od Gretna Green, przez Glasgow, Islay, Skye, północne wybrzeże, po Speyside i Aberdeenshire, by wreszcie dotrzeć do stolicy, kiedy już odwiedziłem co najmniej kilkanaście destylarni, widziałem słodownie, spędziłem czas na plażach zachodniego wybrzeża, na wyciągnięcie ręki miałem maskonury, brałem udział w Highland Games, ceilidh, zaliczyłem kilkanaście zamków i ruin – wszelkie próby pokazania „prawdziwej” Szkocji w Edynburgu wypadły blado. I ci dudziarze gdzieś na Royal Mile w wytartych, wysłużonych, służbowych kiltach mieli się nijak do ludzi północy, noszących kilt na co dzień. I ta ekspozycja, zwana The Scotch Whisky Experience, miała się nijak do wrażeń z prawdziwych destylarni. Nawet oferta barów z whisky, jakkolwiek miejscami bogata, miała się nijak do whisky ciągniętych wprost z beczek, czy wręcz świeżego destylatu chłeptanego ze złożonych dłoni, podsuniętych pod wąż do napełniania beczek. A gdy pojechałem do pobliskiego North Berwick i znajdującego się tam Scottish Seabird Centre (mając wciąż w żywej pamięci te maskonury, co to niemal z rąk mi jadły na klifach Duncansby), to już niemal płakać mi się chciało z rozpaczy. Jakiś czas zajęło mi uświadomienie sobie, że Edynburg jest jakością sam w sobie, i naprawdę niewiele ma wspólnego z północną częścią tego pięknego kraju.

 

Widok na wzgórze Calton Hill. Na pierwszym planie, znajdująca się w samym centrum miasta stacja kolejowa Waverley.

 

Co nie znaczy, że nie warto do Edynburga jechać. Bynajmniej. Chętnie spędziłbym tam długie wakacje. Tam i tylko tam. Gdy jednak nie ma innej możliwości, gdy jestem okrutnie ograniczony czasowo, włóczę się zwykle po Royal Mile, czasem trafię na Grassmarket, czasem gdzieś wpadnę w ten czy inny zaułek, czasem zupełnie przypadkiem trafię na jakiś klimatyczny pub, czasem powłóczę się na Calton Hill, wespnę się na pomnik Sir Waltera Scotta (to w gruncie rzeczy rodzaj wieży z platformą widokową), i tak dalej. Nigdy nie mam planu, nigdy nie systematyzuję pobytu w Edynburgu. Bo i samo miasto jest takie, że nie bardzo poddaje się planowaniu. Zbyt wiele niespodzianek za co drugim rogiem, w niemal każdym zaułku, by marnować czas na planowe zwiedzanie. Niezmiennie, za każdym pobytem, obiecuję sobie, że teraz to już na pewno zdobędę wzgórze Arthur’s Seat i poczekam tam na spektakularny zachód słońca. I za każdym razem wychodzi na to, że albo nie mam jednak dość czasu, albo nie chce mi się, albo zwyczajnie pogoda nie nastraja do takich spacerów po okolicznych wzgórzach.

 

Tutaj jednak interesuje nas przede wszystkim whisky, więc wyruszyć należy do destylarni, z której whisky określana bywa mianem „The Edinburgh Malt”, czyli do Glenkinchie. A nie jest to taka znowu prosta sprawa. Wydawać by się mogło, że skoro jest to ów edynburski malt, destylarnia powinna znajdować się gdzieś co najwyżej na przedmieściach Edynburga (a może nawet, jak nie przymierzając zbożowa gorzelnia North British, niemal w samym centrum miasta). Nawet jeśli wykonamy odpowiedni research, i odkryjemy nazwę miejscowości Pencaitland w adresie Glenkinchie, znalezienie samej destylarni może być nieco kłopotliwe. Bo oto, ni z tego ni z owego, znajdziemy się w labiryncie lokalnych, podrzędnych dróg, kilkanaście kilometrów od Edynburga, wśród pól – i nie zawsze w oczy rzuci się nam brązowy drogowskaz mówiący, którędy to do Glenkinchie. Przynajmniej tak było ze mną, kiedy po raz pierwszy postanowiłem tę destylarnię odwiedzić. A było to w czasach, kiedy jeszcze technologia nawigacji satelitarnej była co najwyżej w powijakach, więc kluczenia było co niemiara.

 

Co krok od głównych ulic na edynburskiej starówce odchodzą tajemnicze i niezwykle malownicze uliczki, pasaże, zaułki.

 

Glenkinchie położona jest wśród pól, w pewnej odległości od Pencaitland, nad potokiem Kinchie (co za zaskoczenie, nieprawdaż?), w okolicy pociętej drogami, wiec nie tak znowu łatwo tu trafić. Pomaga, naturalnie, nawigacja. Moim zdaniem, co już wielokrotnie tu podkreślałem, najlepiej sprawdza się ta w telefonie, oferowana przez Google Maps. Gdy już dotrzemy na miejsce, okazuje się, że daleko tu do ochów i achów nad architekturą zakładu. Nie znajdziemy tu zwieńczonej pagodą suszarni słodu, próżno szukać śnieżnobiałych budynków, do widoku których zdążyliśmy się przyzwyczaić jeżdżąc po Szkocji. Ot, budynki z cegły, poczernione grzybami magazyny celne, ceglany komin, górujący nad zakładem. Wszystko starannie zadbane, jak przystało na jedną z flagowych destylarni największego koncernu produkującego szkocką whisky. Glenkinchie wszak była swego czasu jedną z sześciu oryginalnych Classic Malts of Scotland, promowanych przez Diageo. Reprezentowała w tym zestawie Lowlands. Podobno właśnie ten wybór uratował Glenkinchie przez zamknięciem w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to w dziale księgowości United Distillers (dzisiejsze Diageo) podjęto decyzję o konieczności zamknięcia jednej z destylarni w Lowlands. Padło na Rosebank, której utrzymanie wymagałoby zbyt kosztownego remontu. I tak, Glenkinchie przez jakiś czas niosła na barkach jedną trzecią, a momentami (kiedy nie działała Bladnoch) połowę odpowiedzialności za cały region. Dla osób, które szkocką whisky słodową zaczęły się interesować na przełomie wieków, istniały co najwyżej trzy destylarnie – Bladnoch, Auchentoshan i właśnie Glenkinchie.

 

O samej destylarni nie ma co się rozpisywać. Jako nieodrodne dziecko Diageo i ofiara systemu agencji ubezpieczeniowych (tniemy koszty nie tylko w procesie produkcji, ale również zapewniając sobie jak najniższe składki ubezpieczeniowe, a więc redukujemy do zera i tak już zerowe przecież niebezpieczeństwo związane z ryzykiem pożaru wywołanego przez aparaty fotograficzne), oferuje ugrzecznione, standardowe zwiedzanie, podczas którego człowiek ma czasem wrażenie, że nawet odwracając głowę w stronę inną niż wskazaną przez przewodnika, popełnia nie wiem jak poważne wykroczenie przeciwko obowiązującym tu przepisom BHP. O takich herezjach, jak samodzielne włóczenie się wśród kadzi, alembików, czy wreszcie beczek, nawet nie wspomnę. Nie przeszkadza to destylarni być jednak dość masowo odwiedzaną atrakcją turystyczną, dostępną w miarę łatwo i szybko z Edynburga, a zdaje się o to chodziło pomysłodawcom projektu.

 

Usytuowany na górnym krańcu Royal Mile, zbudowany na skale zamek edynburski jest jedną z atrakcji stolicy, których nie można pominąć planując tu wizytę.

 

Dawno temu, kiedy jeździłem po Szkocji w lecie 2006 roku, wymyśliłem sobie, że przy okazji wizyty w Glenkinchie, odwiedzę również starą, średniowieczną kaplicę w Roslin. To raptem tylko około 20 kilometrów od Glenkinchie, po tej samej, mniej więcej, stronie Edynburga, więc czemu nie? Wiadomo, templariusze, skarby, tajemnicze i niezwykłe zdobienia, maszkarony, symbolika – czego chcieć więcej? Tę kaplicę, a właściwie kościółek, trzeba zobaczyć. Templariusze wszak działali na terenie Szkocji – brali, na przykład, udział w rozgromieniu Szkotów pod wodzą Williama Wallace’a pod Falkirk 22 lipca 1298 – więc może rzeczywiście gdzieś tu ukryli legendarnego Świętego Grala?

 

Podobnie myślał autor bestsellerowej wówczas książki „Kod da Vinci”, Dan Brown. A za nim twórcy filmu, powstałego na kanwie książki. Za nimi podobnie pomyślały jakieś cztery tryliony turystów, wśród których znaleźliśmy się podczas poszukiwań kaplicy owego lata 2006, zanim się zorientowaliśmy co się dzieje. Może trudno to sobie teraz wyobrazić, ale kiedy wyszliśmy z samochodu (o trudach znalezienia miejsca do parkowania nie będę wspominał), otaczali nas zewsząd ludzie, którzy ewidentnie mieli Świętego Grala w oczach. Spora część szła przed siebie niemal po omacku, ze wzrokiem utkwionym w kartach książki Dana Browna. Każdy chciał przecież tego Grala znaleźć i okryć się chwałą i bogactwem!

 

Na dole Royal Mile, naprzeciwko królewskiego pałacu Holyroodhouse, znajduje się nowoczesny budynek parlamentu szkockiego. W tle owo wzgórze z punktem widokowym Arthur's Seat, na które jeszcze nigdy nie dotarłem.

 

Kolejki po masło w miejscowej mleczarni, jakie pamiętam z dzieciństwa, to nic w porównaniu z kolejką po bilety do kaplicy Rosslyn (bo taką pisownię zachowała nazwa samej świątyni). Wielbiciele Dana Browna byli wszędzie, wypełzali zza każdego krzaka, pojawiali się znikąd i nagle na drodze nieświadomego i totalnie zagubionego turysty z Polski. Człowiek obijał się o ludzi, był potrącany, niemal zadeptywany, a w najlepszym razie słyszał bełkotane pod nosem jakieś przeprosiny. Co ciekawe, książkę czytałem, ale jakoś umknęło mi, że nie dalej jak miesiąc wcześniej (bodajże) odbyła się premiera filmu. A kino ma moc, jak się okazało.

 

Dość powiedzieć, że samej kaplicy nie zobaczyłem. Była wówczas pokryta swego rodzaju rusztowaniem – podobno od zewnątrz i od wewnątrz – i prowizorycznym dachem z blachy falistej. Konstrukcja ta miała umożliwiać turystom (hordom wszak!) jak najbliższy kontakt z zabytkiem, bez ryzyka uszkodzenia i zadeptania czegokolwiek. Do wstępu uprawniał bilet, ale na pierwszy rzut oka, trzeba było poczekać dobrych kilka godzin, żeby go kupić. Co ciekawe, zainstalowano tam wówczas również sklepik z pamiątkami, w którym znajdowała się kasa biletowa (kaplica Rosslyn znajduje się w rękach prywatnych, biznes jest biznes, nawet jeśli ci templariusze byli po stronie Anglików pod Falkirk).

 

W drodze do Pencaitland, w poszukiwaniu destylarni Glenkinchie.

 

Oprócz kasy biletowej była tam też toaleta. Jak by nie było, jesteśmy ciągle w cywilizowanym kraju, gdzie trzeba zapewnić obsługę wszelkich potrzeb tych zastępów domorosłych poszukiwaczy skarbów. Tak się złożyło, że i ja potrzebowałem. W środku okazało się, że toaleta ma dwa wejścia – do strony kasy i od strony wnętrza kaplicy. Wystarczyło wejść do toalety i wyjść drugimi drzwiami, zamiast stać godzinami w kolejce i jeszcze płacić za przywilej zwiedzania zabytku. Przyznam się, że przez chwilę się wahałem. Wreszcie wyszedłem tymi drzwiami, którymi wszedłem. Do dziś nie widziałem kaplicy Rosslyn. Ach, ta wrodzona uczciwość…

 

Czas się chyba żegnać ze Szkocją, z naszymi podróżami po destylarniach i nie tylko. Wracam do Edynburga, skąd autostradą do Glasgow jedzie się około godziny. Wracam na lotnisko, oddaję samochód, odprawiam się, wsiadam do samolotu i po nieco ponad dwóch godzinach ląduję we Wrocławiu. Zawsze, ale to zawsze po lądowaniu, zanim jeszcze samolot dotoczy się do budynku terminala, zanim obsługa pozwoli wyjść na płytę lotniska, zastanawiam się kiedy znowu będzie mi dane wrócić do Szkocji. Przywołuję tak jeszcze świeże obrazy szkockich glenów, niebosiężnych gór, stert beczek, miedzi alembików. I już tęsknię.

 

W destylarni Glenkinchie trudno jest się zakochać od pierwszego wejrzenia.

 

Od momentu, gdy zacząłem pisać pierwszy odcinek tej opowieści – która w założeniu miała się ukazywać regularnie, co tydzień (Ha! Ha! Ha!) – wiele się zmieniło. Zarówno w Szkocji i jej przemyśle gorzelniczym, jak i z moim doświadczeniem tychże. Krótko po napisaniu pierwszego odcinka wsiadłem w samolot, wylądowałem w Glasgow i pierwsze kroki skierowałem do Auchentoshan, w której nigdy wcześniej nie byłem, choć przejeżdżałem obok tak wiele razy. Innym razem, również już po rozpoczęciu  pisania, trafiłem wreszcie na dawno obiecywane sobie Hebrydy Zewnętrzne. Odwiedziłem Isle of Harris Distillery, odwiedziłem Abhainn Dearg. Przeżyłem tydzień w bodaj najpiękniejszych zakątkach Szkocji (wyspa Harris) i dowiedziałem się, że pojedyncza droga z mijankami może mieć kilkanaście kilometrów i wić się wśród niewiarygodnego wręcz, księżycowego krajobrazu na skraju Oceanu Atlantyckiego. Odwiedziłem parę innych miejsc, parę innych destylarni, do których nigdy wcześniej albo nie dotarłem, albo zaliczyłem je po łebkach.

 

Podczas tej dwudziestoodcinkowej wyprawy nie zajrzałem do żadnej destylarni na południe od Glasgow i Edynburga. Nigdy nie byłem w Bladnoch, nie zdążyłem dotąd umieścić Annandale na trasie moich podróży, nie zahaczyłem o Borders Distillery w Hawick. Nie wspominając o Ailsa Bay, która i tak nie jest udostępniana dla zwiedzających. Na mapie Szkocji pojawiły się, albo poważnie zaznaczyły swoje istnienie jeszcze inne destylarnie, na temat których nawet się tu nie zająknąłem. Tylko w centrum Glasgow działają w tej chwili dwie nowe destylarnie – Clydeside i Glasgow. Ta pierwsza znajduje się dosłownie dwa kroki od miejsca, w którym przycumowana jest nasza łódka, Murray McDavid. Tuż obok Riverside Museum of Transport, czy żaglowca Glenlee. Trzeba się bardzo starać, żeby do niej nie zajrzeć podczas wizyty na pokładzie Murray McDavid. Cóż, jak widać, starałem się dotąd skutecznie. Destylarnia Glasgow, z kolei, usytuowana jest tuż obok autostrady M8, którą jadę za każdym razem, gdy zmierzam z lotniska prosto do Dufftown i Parkmore. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie patrzeć. No i może nie znajdować się na lewym pasie autostrady, bo destylarnia jest wtedy po mojej prawej stronie.

 

Plaża w edynburskim Portobello. Zawsze kojarzy mi się z pożegnaniem z Edynburgiem.

 

W tej chwili moim numerem jeden, jeśli chodzi o białe plamy na mapie Szkocji w ogóle i na mapie szkockich destylarni w szczególe, jest półwysep Ardnamurchan. Zdarzyło mi się nie raz być całkiem niedaleko, w okolicach Lochaline nad cieśniną Sound of Mull, regularnie korzystałem w tym miejscu z promu na wyspę Mull. Wiem jak tu potrafi być pięknie, jak dziko, jak nieokiełznanie. Szczególnie wtedy, kiedy bezlitośnie wieje znad Atlantyku, a potężne promy Caledonian MacBrayne szukają schronienia w zaciszu terminali promowych i wszelkie kursy są odwołane. Gdzieś tam jest nowa destylarnia. Faktem jest – należy do konkurencji, ale przecież to w niczym jej nie umniejsza. A jeśli już tu dotrę, to z całą pewnością zajrzę do destylarni Ncn’ean, kolejnego nowego przedsięwzięcia na gorzelnianej mapie Szkocji. No i ciągnie mnie na wyspy Ulva i Gometra – niemal lub całkowicie bezludne, niewiarygodnie dzikie wyspy tuż obok Mull.

 

Nie potrafię przeboleć, że nigdy nie udało mi się dotrzeć na Ionę. Mimo iż pewnego razu spędziłem pół dnia czekając aż morze się uspokoi i promik, który miał mnie tam zabrać, da wreszcie radę przycumować do nabrzeża. I nie wiem czy Iona bardziej boli mnie niż St. Kilda, na którą nie udało się dotrzeć w tym roku, choć byłem już taaaak blisko. Kiedy byłem na wyspie Harris, prowadziłem korespondencję z jednym z przewoźników oferujących kursy na St. Kildę. Jednego dnia przyjechałem do Tarbert (gdzie Isle of Harris Distillery i Harris Tweed), zajrzałem do siedziby firmy pytając co z tymi dwoma miejscami na jutrzejszy rejs. Usłyszałem w odpowiedzi, że dosłownie kwadrans temu ktoś te dwa miejsca ostatecznie wykupił i nie ma więcej możliwości dotarcia na ten magiczny archipelag. Zapraszają w przyszły poniedziałek, czy jakoś tak. Trzy dni po opuszczeniu przeze mnie Hebrydów Zewnętrznych i powrocie do domu. Kwadrans wcześniej! Omal się nie wściekłem. A jak wróciłem na nocleg i odpaliłem komputer, znalazłem mail, który wysłany został do mnie jakieś pół godziny wcześniej. W mailu pracownik firmy informuje mnie, że są dla mnie dwa miejsca na łódce, tylko muszę jak najszybciej do nich zadzwonić i potwierdzić. Czemu nie znalazłem tego maila w moim telefonie? Bo w telefonie nie mam dostępu do skrzynki ze spamem! Innymi słowy, miejsce dla mnie było, tylko system mojej poczty elektronicznej okazał się tym razem nadgorliwy. Ach, ja i tak tam jeszcze pojadę. I popłynę na St. Kildę. A co!

 

W czasie festiwalu, Edynburg tętni życiem bardziej niż jakiekolwiek inne miasto na świecie.

 

Na wyspie Islay buduje się dziewiąta destylarnia, Ardnahoe, o której też nie napisałem, gdyż nie byłem w niej – a właściwie na placu budowy – zanim zacząłem pisać o Islay. Długo jeszcze można by wymieniać miejsca, o których nie napisałem albo dlatego, że w nich nie byłem, albo dlatego, że byłem już po napisaniu odpowiedniego odcinka, albo zwyczajnie nie starczyło dla nich miejsca w tych opowieściach. I tak mam wrażenie, że rozpisałem się ponad wszelką miarę.

 

Wszystkim, którzy dotarli ze mną tutaj, do końca tej opowieści, gratuluję wytrwałości i dziękuję za uwagę. Jeszcze kiedyś na pewno coś napiszę. Co do tego nie ma cienia wątpliwości. Mnie tymczasem pozostaje wznieść za Was wszystkich toast – może jakąś wyjątkową Port Dundas 46yo z najnowszej oferty Murray McDavid? Slainte!

 

Zwykle nie robię fotek z okna samolotu. Tym razem jednak zrobiłem wyjątek, i to wcale nie tylko ze względu na malowniczy zachód słońca. W kadrze, gdzieś pod chmurami pod skrzydłem samolotu znajduje się Edynburg. Ten fragment lądu, wchodzący w morze na prawo od skrzydła, to Fife. Potrafię tu pokazać gdzie jest St. Andrews, gdzie Dundee, gdzie Montrose, a prawy górny fragment kadru sięga prawie Stonehaven i ruin zamku Dunnotar. Łezka się w oku zbiera...

 

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...